„MARIA CIUNELIS. MOJE ATENEUM”
Wystawa towarzysząca XXXV BDT

Ktoś napisał, że „aktorzy dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to gwiazdy, Ci, którzy ciągle grają samych siebie. Druga to tablice do zapisania, aktorzy, którzy mogą zagrać wszystko”. Do grupy drugiej z pewnością należy MARIA CIUNELIS, jedna z najwybitniejszych, uznanych i cenionych aktorek swojego pokolenia. W teatrze, filmie i telewizji obecna jest już od 28 lat. Bardzo szybko odnalazła tam swoje miejsce. Ważne i rozpoznawalne.

„Aktor jawił mi się jako wieczny wędrowiec, komediant z obrzeży społeczeństwa. Ktoś, kogo oklaskują, lecz grzebią w nie poświęconej ziemi, postać romantyczna i barwna. Później spoważniałam. Wiele w moim myśleniu o tym zawodzie się zmieniło, choć wbrew pozorom rzeczywistość nie bardzo daje nam zapomnieć o losie wędrownego komedianta”.

Już na początku swojej drogi artystycznej zagrała ważne role w teatrze i filmie, które wpłynęły na Jej wizerunek i zaważyły nad dalszym przebiegiem kariery. Krytycy szybko zauważyli i podkreślali Jej „niebywałą wrażliwość i rozedrganie”, „prostotę bycia na scenie”, „wielowymiarowość w wyrazie aktorskim”. Inni pisali, że jest „jedna z niewielu aktorek, które nigdy nie kłamią na scenie”, „ jest aktorką z gatunku tych, które potrafią emanować graną przez siebie postacią” i posiada „to coś, czego wielu próżno szuka przez długie lata aktorskich doświadczeń – ma prawdę”.

Jest absolwentką PWST im. A. Zelwerowicza w Warszawie, którą ukończyła w 1984 r.: „Spotkałam tam wielu wspaniałych ludzi. Szkoła to esencja teatru. Wykładowcy, koledzy, wszyscy mają inną wrażliwość, inny ogląd świata. To wszystko ściera się, miesza i nagle pojawia się coś, co można by nazwać świadomością samego siebie i tego, co chcę powiedzieć ludziom ze sceny. Kiedyś Jan Englert powiedział nam, że wchodząc do profesjonalnego teatru powinniśmy mieć własny pomysł na teatr i przekonanie, że taki teatr jest najlepszy. Zgadzam się z tym. To przekonanie pcha, daje prawdę własnych racji. Jeśli walczy się o siebie, o swoją prawdę, o swoje marzenia jest się silniejszym”, „Pamiętam, jak Tadeusz Łomnicki na pierwszym roku Szkoły Teatralnej powiedział nam, że jest mu bardzo przykro, bo chciałby nas wychować na dobrych aktorów, ale nie ma żadnej motywacji. Dlaczego miałby nas wychowywać na dobrych aktorów, nie na złych, skoro łatwiej jest być kiepskim aktorem? A na dodatek, słabym aktorom z reguły lepiej się powodzi”, „Zajęcia na pierwszym roku miały dla nas ogromne znaczenie. Każdy z nas na swoim podwórku był już cenionym recytatorem, albo gwiazdą teatru amatorskiego, albo brylował i zbierał oklaski u cioci na imieninach. I nagle ktoś nam uświadamia, że nic nie wiemy i nic nie umiemy. Był nim Tadeusz Łomnicki. Uczył nas pokory. Trzymał na uwięzi, narzucał swoją wolę. My uważaliśmy, że tyle rzeczy mamy do pokazania – bogate wnętrze, bogaty warsztat, a on nam na to nie pozwala, pokazuje nas po kawałku.
Potem, bez niego, na innych zajęciach, staliśmy jak bezradne dzieci. Zaczynaliśmy wszystko od początku mniej pewni siebie, bardziej z siebie niezadowoleni. Szliśmy powoli, ale jednak do góry. Ci, którzy na pierwszym roku nie zrozumieli tego, że jeszcze nic nie umieją – stopniowo spadali w dół. A może to wszystko mi się tylko wydaje?”.

Została zauważona już w spektaklach dyplomowych. Grała Kieckę w „Karierze Alfa i Omegi” M. Hemara i J. Tuwima w reż. Tadeusza Łomnickiego: „Nie wróżę z fusów, ale chyba warto zapamiętać trzy nazwiska: Maria Ciunelis, Jerzy Klesyk i Krzysztof Stelmaszyk. Ta trójka zbudowała postacie pełne, z wnętrzem i charakterem”.
Natomiast Jej dyplomowa Janina Węgorzewska w „Matce” Witkacego (reż. Jan Englert) przeszła do historii przedstawień dyplomowych warszawskiej PWST: „To była dla mnie bardzo ważna rola. Pierwsza w profesjonalnym teatrze i była zwieńczeniem tego wszystkiego, co robiłam w szkole. Specjalizowałam się w rolach różnych ciotek, matek, babć. Mówiono, że mam predyspozycje do grania ról subretek. Bardzo mi to odpowiadało. Starałam się schować za graną postacią. Jan Englert, opiekun mojego roku, dostrzegł we mnie inne możliwości powierzając mi tak wspaniałą i trudną rolę w spektaklu dyplomowym. Bardzo lubiłam grać tę postać”, „Ta rola była dla mnie trudna, bo bardzo długo szukałam dla tej postaci jakiegoś wzorca. Dotychczas, wszystkie moje dojrzałe bohaterki, miały swoje odpowiedniki w życiu.
W ten sposób pomagałam własnej wyobraźni, nie zawsze dość elastycznej, by stworzyć pełną postać. Kiedy już zrozumiałam jej sposób mówienia, myślenia, kojarzenia (a przynajmniej tak mi się wydawało), olśniło mnie, że przecież znam taką osobę: to moja polonistka i wychowawczyni z liceum, bardzo mądra i wspaniała kobieta. Zresztą kiedy była na spektaklu, rozpoznała się”.

W sezonie 1984 – 1985 była w zespole stołecznego Teatru Polskiego. Zanim jednak pojawiła się na tej scenie zagrała gościnnie w Teatrze Scena Prezentacje rolę Josephine w głośnej przed laty sztuce „Smak miodu” S. Delaney (prem. 24.V.1984). Ta rola przyniosła Jej duży sukces: „Maria Ciunelis wyprawia na scenie rzeczy niebywałe. Ma przed sobą zadanie niełatwe: w jeden teatralny wieczór przedzierzgnąć się z bezradnego dziecięcia w zgorzkniałą kobietę. Zmienia się więc na naszych oczach, zmienia się w walce, którą wydaje matce po to, by ją zdobyć. Przeżywa zawód miłosny, uczy się przyjaźni. Pod koniec przedstawienia już co innego mówi jej smutne, zbyt mądre spojrzenie. Otóż Maria Ciunelis robi to wszystko w sposób niewiarygodnie autentyczny. Odnosi się wrażenie, że gra nie przysparza jej żadnego wysiłku. Ma luz i lekkość. Wiemy, że ta Josephine może być tylko taka”, „ujmująca jest zwłaszcza Maria Ciunelis, której talent i niezły już warsztat aktorski zupełnie nie krępują jej dziewczęcej wrażliwości i naturalności zachowań”.
Za tę rolę otrzymała Nagrodę Publiczności „Lubuskiej Jesieni Teatralnej” w Zielonej Górze (1988).

Na scenie Teatru Polskiego pojawiła się tylko raz w roli Marianny w szekspirowskiej „Miarce za miarkę” (reż. Janusz Nyczak, prem. 29.XI.1984): „chwaląc całą wstępującą w teatr młodzież należy wyróżnić szczególnie ekspresyjny tragizm Marii Ciunelis”.

W 1985 zadebiutowała w filmie rolą żony Selpki w ekranizacji prozy Edward Stachury „Siekierezada” (reż. Witold Leszczyński). W tym samym roku Barbara Sas powierzyła Jej rolę Franki w „Dziewczętach z Nowolipek”, a Magdalena Łazarkiewicz obsadziła w roli Teresy w swoim debiutanckim obrazie „Przez dotyk”.
Za obie role Maria Ciunelis otrzymała „Złote Wawrzyny”, nagrody tygodnika „Radar” (1986): „Film był dla mnie zupełnym zaskoczeniem. Byłam przekonana, że kino potrzebuje gwiazd, sprzedawania siebie. Mnie interesowało aktorstwo, czyli uciekanie od siebie. Film nie daje poczucia spełnienia, jest twórczością pośrednią: gramy fragmentami, reżyser selekcjonuje, narzuca interpretację przez montaż. Postaci widziana jest jego oczami. Wielkie gwiazdy filmowe potrafią w każdej roli obronić siebie, przebić się z własną osobowością. W teatrze jest mi wygodniej”.

Barbara Sass wspominała po latach: „Pod pozorami kruchości i nieefektowności zewnętrznej kryje się wielka siła i inteligencja. Marysia ma w sobie coś świetlistego, co ja rozjaśnia. To się sprawdza w aktorstwie filmowym. Obsadzają ją ci, którzy widzą jej wnętrze. Najlepsza jest w rolach trudnych. Charakterystyczność łączy z wdziękiem. Ma swoje zasady, swój styl bycia”. Natomiast Magdalena Łazarkiewicz zauważyła: „Jej aktorstwo polega na organiczności zachowań połączonych z ludzka prawdą i wiarygodnością. Posiada umiejętność wcielania się bez reszty w postać, którą kreuje. Wtedy zmienia się też zewnętrznie, to niezwykła cecha. Jest bardzo kreatywna, nieustannie rozwija intelekt. Nawet w rolach, w których nie ma zbyt wiele do zgrania, umie dodać coś ponad to. Marysia ciągle zaskakuje”.
W 1987 r. została uhonorowana prestiżową Nagrodą im. Leona Schillera przyznawaną przez Związek Artystów Scen Polskich.

W Teatrze Telewizji debiutowała rolą Carls Lucchesi w „Kongresie we Florencji” Iwaszkiewicza (prem. 31.III.1986). W największym teatrze świata zagrała w 49 przedstawieniach (m.in. Betty „Miss samotnych serc”, Maria „Żabusia”, Onka „Garbus” Eliza „Tercet”, Ala „Tango”, Sheila „Pan inspektor przyszedł”, Izabela „Całkowite zaćmienie”, Siostra Stefania „Cisza”, Rena „Klimaty” Stella „Coś do ukrycia”, Jenta „Małka Szwarcenkopf”, Teresina „Filomena Marturano”, Tamara „Za i przeciw”, Meg „Dzwony”, Teresa „E.E.”, Simone „Pracownia krawiecka”, Matka „Dotknięcia”, Matka Belli „Zbliżenie”, Matka Krzysztofa „Książę nocy”, Sokołowska „Kwatera bożych pomyleńców”).
W 2008 r. na VIII Festiwalu Teatru Telewizji i Polskiego Radia „Dwa Teatry” w Sopocie za rolę Matki w przedstawieniu „Sprawa Emila B”. M. Imielskiej otrzymała nagrodę za najlepszą rolę kobiecą sezonu 2007 – 2008: „Maria Ciunelis gra nadzwyczaj wyraziście, przejmujący smutek na jej twarzy odzwierciedla stan jej duszy, ciągle pozostającej w żałobie po ukochanym dziecku. To przejmująca rola, aktorka gra głównie twarzą, jej ból widzimy też w ułożeniu rąk, w nieświadomym przesuwaniu jakichś drobiazgów na biurku. Przeżywanie śmierci syna odbywa się w jej sercu nieustannie. Dobra, wyrazista i przekonywająca rola”.

            W sezonie 1985 – 1986 została zaangażowana przez Janusza Warmińskiego do zespołu Teatru Ateneum. Pozostaje wierna tej scenie od 27 lat. Zagrała tam 29 spektaklach.
Jej pierwsze ważne role na tej scenie to Chantal „Balkon” J. Geneta, Maria w „Marii i Wozecku” G. Buchnera: „Po raz pierwszy w tak znaczącej roli oglądamy Marię Ciunelis – młodą aktorkę, której Hanuszkiewicz powierzył trudne zadanie. Aktorka sprostała temu wyzwaniu. Jest bardzo dobra, zwłaszcza w drugiej części, w scenie swego rodzaju spowiedzi przed śmiercią”, „wzrusza swoją prostotą, zarazem budząc podziw dramatyczną siłą wyrazu”, Duniasza w „Wiśniowym sadzie” A. Czechowa, Celina w „Przeklętym tangu” M. Puiga (Nagroda Publiczności 26. Rzeszowskich Spotkań Teatralnych, 1987) i Pięknowska w „Szlbierzu” G. Spiro.

            11.03.1989 r. odbyła się premiera przedstawienia „Dzieci mniejszego Boga” M. Medoff, w którym grał głuchoniema Sarę Norman. Ta rola była Jej wielkim sukcesem: „Kreację niezwykłą tworzy Maria Ciunelis. Jej Sara jest wrażliwą, ambitną, nieufną, inteligentną, trochę złośliwą dziewczyną, toczącą prywatną, zawziętą i skomplikowaną wojnę z całym światem dźwięków. Aktorka precyzyjnie rysuje tę bogatą sylwetkę nie otwierając ust, a język migowy w jej wykonaniu staje się po prostu dziełem sztuki scenicznej”, „Maria Ciunelis, występująca w roli Sary, wzięła na siebie podwójnie trudne zadanie. Nie chodziło już tylko o biegłe posługiwanie się językiem migowym podczas całego przedstawienia, co musieli robić i pozostali aktorzy, ale także wiarygodne wcielenie się w postać dziewczyny, dla której jest to jedyny sposób porozumiewania się z innymi. Dziewczyny, która nie chce na siłę uczyć się mówienia, udawać słyszącej, ale pragnie, aby akceptowano ją taką, jaka jest i nie uważano za kogoś gorszego, za niedorozwiniętą, tylko dlatego, że nie słyszy. Całe przedstawienie to przede wszystkim pokaz ogromnego kunsztu tej aktorki”, „Tak naprawdę to był spektakl Ciune­lis.
To jej kwestie widownia przerywała oklaska­mi, jej zgotowano stojącą owację. Zasłużenie, bo rola Sary to aktorski majstersztyk. Przez dwie godziny Ciunelis nie odezwała się ani jednym – czy­sto wymówionym – słowem. A gesta­mi potrafiła wyrazić chyba wszystkie możliwe uczucia. Raz migała wolno i wyraźnie, by po chwili wpaść w nie­mą furię; sapiąc, stękając, błyskawicznie okazywać rękami swoją normal­ność, niezależność, kobiecość. Gdy nie chciała rozmawiać – gasiła światło, gdy chciała na siebie zwrócić uwagę – tupała. Nawet tańczyła, wyczuwając nosem powodowane przez muzykę wi­bracje”.

            Po latach Maria Ciunelis wspominała: „Rola Sary była dla mnie najtrudniejsza, ponieważ zostałam pozbawiona na scenie bardzo ważnego dla aktora środka wyrazu: słowa mówionego. Wielokrotnie w ostatniej chwili powstrzymywałam się od wypowiedzi jakiejś kwestii, od słownej reakcji, nawet krzyku. Chciałam być maksymalnie przekonywająca aktorsko. Teatr zaś nie polega wyłącznie na samej wiarygodności. To także estetyka i sceniczność. Wyważenie tych proporcji było niełatwe”, „Po pierwszych próbach generalnych, na których była młodzież ze szkoły dla niesłyszących, gdy okazało się, że oni ten spektakl i moją rolę akceptują, bardzo czekałam na spotkanie z normalną publicznością. Nadal nie wiedziałam, czy przebijam się przez miganie, czy dociera to, co gram (…). Po kilku spektaklach schodziłam ze sceny posiniaczona, bo ekspresję zamieniałam w siłowość. To jest okropne. Jesteś parę lat na scenie, zaczynasz się czuć na niej w miarę pewnie i nagle odbierają ci głos i okazuje się, że zabrali ci prawie wszystko, że już niewiele zostało. Od czasu pracy nad „Dziećmi mniejszego Boga” uświadomiłam sobie, że mam ręce, że każdy gest coś znaczy. Przez dwa miesiące prawie nie spałam, nie potrafiłam tego wszystkiego połączyć. Wraz z poznaniem nowego języka pojawia się fascynacja nowym światem, którego nie znasz. Światem gestu, mimiki. To była dobra szkoła nie tylko dla mnie jako aktorki, również jako człowieka”.
Za rolę Sary otrzymała Nagrodę Artystyczną im. St. Wyspiańskiego (1989), Nagrodę im. A. Zelwerowicza przyznawaną przez miesięcznik „Teatr” za najlepszą role kobiecą sezonu 1989 – 89 (1990) i Nagrodę im. A. Śląskiej (1990).

Jej kolejne ważne role w macierzystym Teatrze Ateneum to Katasia w „Kosmosie” Gombrowicza i Anita w polskiej prapremierze (13.02.1993) sztuki Janusza Głowackiego „Antygona w Nowym Jorku”: „Wiedźmowata Anita Marii Ciunelis rzuca uroki, zawodzi, z pełnią emocji odprawia swemu Johnowi ceremonię pogrzebową i z nadzieją łapie to, co życie może jeszcze dać”, „Anita Marii Ciunelis – trzecia duża i udana rola w tym przedstawieniu – niepewna jest jak gdyby stylu, w którym przychodzi jej grać. Waha się od pojedynczych tonów wysokiego tragizmu, poprzez tragizm plebejski, do groteskowości”, Anitę gra wrażliwa i rozedrgana Maria Ciunelis. Aktorka zbyt rzadko wykorzystywana przez teatr”, „Ciunelis wygrywa swoją postać środkami zewnętrznymi. Spod szmat kolorowej pacynki wyziera przez chwilę twarz człowieka, zbyt szybko jednak chowa się za maską clowna”, „Anita. Gra ją Maria Ciunelis. Świetna aktorka. Gra poprawnie, czysto, subtelnie, ale jakby speszona biegłością partnerów. Nie za wiele wyprowadza wniosków z przynależności Anity do innego niż europejski kręgu kulturowego, nie korzysta prawie z tych możliwości, które otwiera natura tej kobiety – zwierzątka. Ale to trudna rola. Najtrudniejsza w sztuce. Bardzo długo trzeba w niej „być” na scenie, żeby potem powiedziawszy sobie „teraz ja” i – jeśli trzeba – rozepchnąwszy się łokciami, mocno zagrać niezwykle krótki finał. Tego mi trochę zabrakło”.

            O swoich zmaganiach z rolą Anity powiedziała: „Właśnie z rolą Anity nie radziłam sobie. Może dlatego, że próbowałam ze świadomością borykania się z arcydziełem? Bardzo trudno próbuje się na kolanach. Był z nami Janusz Głowacki, a nie ma nic gorszego, jak żyjący autor, który jest tuż obok. Do tego grałam portorykankę. Hasło portorykanka jest nam obce. Łatwiej grać archetyp człowieka, który kojarzy się z czymkolwiek”.

            W następnych latach grała tytułową „Iwonę księżniczkę Burgunda” W. Gombrowicza: „Osłodą tego wieczoru była Maria Ciunelis w roli Iwony. Zagrała zaszczutą istotę, patrzącą na świat wielkimi smutnymi oczami”, „Maria Ciunelis (Iwona) i Krzysztof Tyniec (Książę Filip) z właściwym wyczuciem poprowadzili swoje „trzeźwe” role”, Sofię Pietrowną w „Wujaszku Wani” F. Dostojewskiego, Aktorkę w „Korowodzie” A. Schnitzlera: „Najbardziej niepokojącą postać tworzy Maria Ciunelis. W rudej peruce, w ekstrawaganckich strojach jest demoniczną kobietą z wyobrażeń symbolistów”, Matkę w „Opowieściach lasku wiedeńskiego” O.von Horwatha, Matkę Joannę Od Aniołów w „Demonach” J. Whitinga: „Maria Ciunelis jako Matka Joanna nie potrafi widowni zarazić „trucizną nienawiści” – gra tylko dobrze, a to za mało, aby wyzwolić gorączkę emocjonalną” i Nechamę w „Zmierzchu” I. Babla: „Doskonała w roli żony Mendla jest Maria Ciunelis. Każde słowo wypowiadane przez aktorkę, każdy gest i mimika są wypełnione głęboką treścią i stają się przejmująco prawdziwe”.

            13.01.2006 r. na Scenie 61 Teatru Ateneum miała miejsce premiera „Pokojówek” Geneta, w których grała Solange: „Joanna Pokojska i Maria Ciunelis, tworząc świetne role, nie dają swoim pokojówkom tylko tej jednej barwy. Pokojska zaczyna przedstawienie od pozornie niewinnego tańca w rytm beztroskiej, odrobinę idiotycznej piosenki. Jest w nim lekkość, dziewczęcość, ale i brud. Ciunelis przechodzi od sztywności do pełnej, choć poskramianej narzuconym rygorem służącej, swobody”, „Maria Ciunelis cierpienie swojej postaci czyni niemal heroicznym. Nawet gdy trwa w najgorszym upodleniu, wciąż widzimy, że mamy przed sobą kogoś, kogo nie można stłamsić, upokorzyć do samego końca, bo nigdy nie wydrze mu się z duszy człowieczeństwa. Jej finałowy monolog nad trupem Claire, monolog morderczyni prowadzonej na śmierć staje się niemal wielką pieśnią wyzwolenia”.
Za rolę Solange otrzymała nominację do prestiżowej nagrody Feliksów Warszawskich.
Ostatnie lata przyniosły Jej role Mati w „Czy lubi pani Schuberta?” R. Mendizabala: „Ciunelis prowadzi swoją bohaterkę wprawdzie wyraziście, ale w nazbyt przesadnie realistycznej – wpadającej czasani aż w naturalizm – nucie”, Anastazji w „Zbrodni i karze” F. Dostojewskiego i Ulity w „Judaszku” M. Sałtykowa – Szczedrina.
W sezonie 1997 – 98 grała gościnnie Mary w farsie „Wieczór kawalerski” R. Hawdona w Teatrze Syrena: „Z jakąż frajdą przychodzi oglądać Marię Ciunelis, smętnie tragiczną w Ateneum, tu zaś, ze śmiertelnie poważną miną wciągającą się w farsowe szaleństwa”.

            Kontynuuje współpracę z Teatrem Scena Prezentacje, gdzie grała Ewę w „Sonacie Jesiennej” I. Bergmana (1990), Annę Austriaczkę w sztuce A. Raulta „Diabeł w purpurze” (2009): „Maria Ciunelis, najczęściej obsadzana w postaciach życiowych siłaczek, kobiet zagubionych i pełnych kompleksów, tym razem z klasą oddała postać Anny Austriaczki. Królowa matka jest kobietą obdarzoną temperamentem i pełną uroku” i Santos w „Tenisistach” Vilar (2011). W 1999 r. grała gościnnie Asystentkę w „Katastrofie” i May w „Krokach” S. Becketta w spektaklu „Noc i sny” w Teatrze Atelier im. A. Osieckiej w Sopocie: „May. Obsadzona w tej roli warszawska aktorka Maria Ciunelis, obdarzona magiczną urodą, łatwo podlegającą metamorfozie, ubrana została w białą suknię z maleńkim kołnierzykiem, która oznaczać może zarówno niewinność, jak i śmierć. Jej krucha sylwetka, rytmiczny dźwięk kroków, którymi przemierza krótki odcinek scenicznej przestrzeni, w sposób niezwykle przejmujący pokazują „cierpienie życia”. Kiedy aktorka pozostaje na scenie po swoim monologu o „dziwnej dziewczynce”, trudno oderwać od niej oczy. Trzeba słyszeć, jak skarga i chłód w jej głosie przechodzą w troskliwą czułość, by zrozumieć trafność tej obsadowej decyzji reżysera”, „Gdy ta drobna, delikatna osóbka w „Krokach” wykrzykuje swój ból, nie sposób oderwać oczu od jej drgającej od emocji twarzy”. W następnym roku na tej samej scenie zagrała żonę Loszy w „Archeologii” A. Szipienko:

„Maria Ciunelis, prowadzi swą postać od stanu rozedrganej nadpobudliwości i cierpienia do apatii i całkowitego wyciszenia”, „pogubioną i zdesperowaną żonę Loszki gra w doskonałym stylu Maria Ciunelis”, „umiejętnie kreśli postać neurotycznej, wciąż podejmującej próby samobójcze kobiety, która nie potrafi sprostać osobowości męża”, „Maria Ciunelis (Żona) pokazuje kobietę bezbronną, zależną od Loszki jak marionetka, z obnażoną wrażliwością, nie mogącą unieść ogromu cierpienia, dla którego przeciwwagą może być tylko śmierć. Ich wzajemne relacje dopełniają obrazu ludzi zawieszonych w przestrzeni, zachłyśniętych strachem i okrucieństwem tego stanu nieważkości, może w równym stopniu doświadczających metafizycznego bólu ludzkiej kondycji – ale nie potrafiących być dla siebie nawzajem oparciem, choćby w minimalnym geście zrozumienia”.

            Maria Ciunelis ma w swoim dorobku artystycznym 88 ról w teatrze żywego planu i Teatrze Telewizji oraz 40 ról filmowych. Zajęła się reżyserią. Przygotowała 7 przedstawień; pracowała również z osobami niepełnosprawnymi. Jest autorką scenariuszy seriali telewizyjnych „Samo życie”, „Marzenia do spełnienia”; napisała ponad 50 odcinków „Na dobre i na złe”.

Jest jedną z bohaterek książki „Odnaleźć dobro” Marzanny Graff. Jej najnowszą rolą w Teatrze Ateneum jest Matka w sztuce „Kasta la Vista” S. Thiery; obecnie przygotowuje rolę Kobiety w sztuce „Ja, Feurebach” T. Dorsta. Od września 2011 r. zasiada w Radzie Artystycznej Teatru Ateneum. Zawsze podkreśla, że teatr był i jest dla niej portem: „Przede wszystkim teatr, bo godzina 19 jest godziną świętą, magiczną. Siedzą ludzie na widowni i zanurzają się w rzeczywistość, którą stwarzasz z niczego: słowa i gestu. Słuchają cię, a ty zmuszasz ich do tego, żeby się wzruszyli, albo żeby się śmiali. Gram niby co wieczór to samo, ale to nie jest to samo, jest inna temperatura na sali, inaczej ludzie oddychają. Atmosfera, coś nieuchwytnego. Jest paru takich aktorów, którzy jak grają, to czujesz nagle, że odpływasz. Ani w kinie, ani w telewizji tego nie doświadczysz, a to jest cudowne”, „W teatrze gonimy za tym, co nas spotyka w życiu i staramy się odtworzyć chwile, doznania, wzruszenia, które są dla nas ważne. Próbuję je przetworzyć żeby widzowie, mogli przeżyć, zobaczyć to co ja. Jest we mnie zachłanność życia, która powoduje, że wszystko chciałabym zobaczyć, zrozumieć. Całe aktorstwo jest zabawą, ucieczką w wyobraźnię, chwilą zapomnienia jak narkotyk. Ale jest też życie, które odurza”, „Są role, w które wskakuję od razu i takie, których nie mogę złapać. Dlatego lubię tylko te próby, które uskrzydlają. Natomiast kocham spektakle, bo uporałam się już z rolą, nabrała ona powietrza, nie ma reżysera. Przy spektaklach odpoczywam, zaczynam się bawić. Bardzo lubię grać nawet po 50, po 100 razy daną postać, bo wiem, że za każdym razem będzie inaczej”.

O swoim zawodzie powiedziała: „Aktorstwo jest dla mnie ciągłą ucieczką od siebie. Im dalej ucieknę od własnego charakteru, wyglądu, własnych problemów tym lepiej. Starannie ukrywam to, co jest tylko moje. Im jest to dalsze ode mnie tym mi łatwiej. Z rolami, które odczytuję jako bliskie, nie mogę sobie poradzić. Naprawdę, mogę zagrać wszystko poza sobą”, „Jeśli widz rozpoznaje mnie po wyjściu z teatru, uważam, że źle zagrałam. Ja na scenie i ja prywatnie to dwie zupełnie obce, odmienne osoby. Ciągłe zmiany traktuję jako wspaniałą, dostępną tylko nielicznym zabawę”, „Jak mnie w sklepie pytają: czy pani jest aktorką, to jestem zażenowana, bo czuję się klientką. Aktorką czuję się w teatrze. Z jednej strony to zawód, z drugiej, jakby się miało z kimś romans, takie zadurzenie. To potwornie nabzdyczone, że teatr jest świątynią sztuki, a aktorstwo to posłannictwo; to są półprawdy, skrajności. Są w nas kuglarze i ludzie do wynajęcia. A aktorstwo jest gdzieś pośrodku”.

            Maria Ciunelis ośmiokrotnie gościła w Tarnobrzegu: Kobieta „Trans – Atlantyk” Gombrowicz (9. BDT,1986), Celina „Przeklęte tango” M. Puig (25-27.X.1987), Małajewa „Garaż” E. Bragiński, E. Riazanow (10. BDT,1987), Krawcowa „Samobójca” N. Erdman (11. BDT,1988), Sara Norman „Dzieci mniejszego Boga” M. Medoff (12. BDT,1989), Anita „Antygona w Nowym Jorku” J. Głowacki (16.BDT,1993), Baronowa de Simiane „Madame de Sade” Y. Mishima (28.BDT, 2005) z Teatrem Ateneum; Anna Austriaczka „Diabeł w purpurze” A. Rault (33.BDT, 2010) z Teatrem Scena Prezentacje.

         W dniach 18 – 31 sierpniu 2010 roku Tarnobrzeski Dom Kultury realizował projekt Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego w Warszawie pod nazwą „Lato w teatrze” – dwutygodniowe warsztaty teatralne dla młodzieży z terenów objętych powodzią. Maria Ciunelis sprawowała opiekę artystyczną nad projektem i prowadziła zajęcia aktorskiego z uczestnikami.

Andrzej Wilgosz

26 listopada 2012 r. o godz. 18.00 odbył się wernisaż wystawy z udziałem Marii Ciunelis

Wystawa ze zbiorów Archiwum Teatru Ateneum, Teatru Scena Prezentacje i Teatru Syrena
w Warszawie.

Patronat: Pracownia Dokumentacji Teatru Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego
w Warszawie

kurator wystawy: Andrzej Wilgosz
aranżacja plastyczna: Bożena Wojtowicz – Ślęzak

„PORTRET W TEATRALNYM KADRZE”
fotografie Pawła Matyki

„BAJKOWE OBLICZA LALEK”
ze zbiorów Teatru „Maska” w Rzeszowie